Bajki

ER i ZEPSUTE BAŃKI

Kiedy Er był bardzo, bardzo malutki jego jedynym zajęciem było robienie baniek mydlanych. Nie miał żadnych obowiązków, bo nie chodził do szkoły ani nawet do przedszkola. Nikt od niego niczego nie chciał i niczego nie wymagał. Er całymi dniami leżał na dmuchanej ulubionej poduszce i robił bańki. Miał do tego specjalną słomkę. Długą jak najdłuższe pióra z pawiego ogona. I miał czarodziejski kubek, żółty, lekko wyszczerbiony, ale taki, w którym nigdy nie kończył się magiczny płyn, taki do baniek. Er leżał. Czasem na brzuchu, czasem na plecach. Czasami stawał na głowie albo kucał. Innym razem siedział "po turecku" czyli ze skrzyżowanymi nogami. I puszczał te swoje bańki. 
Er mieszkał w malutkim mieszkanku, w którym było raczej zimno i ciasno. Na szczęście miał swoją dmuchana poduszkę, na którą nikt mu nie wchodził. W tym samym mieszkanku mieszkała Bima i Bit.
Bima była dziwna. Bo albo biegała jak oszalała albo spała. Czasami potrafiła tak biegać, że aż kręciło jej się w głowie i nie raz Er widział jak upadła na podłogę. Na początku Er martwił się trochę, że Bima nabije sobie porządnego guza ale jakoś nic jej się nie działo. Gdy Bima zasypiała potrafiła spać tak długo jak niedźwiedź zimą. Potrafiła spać noc i dzień i czasem nawet jeszcze jedną noc. Od czasu do czasu przychodzili do Bimy różni ludzie. Er nazywał ich Smrodkami. Nazywał ich tak dlatego, bo zazwyczaj bardzo brzydko pachnieli. Smrodki próbowały budzić Bimę. Czasami się to udawało, a czasami nie. Czasami kładli się obok niej żeby też trochę pospać. Ale tak bardzo chrapali, że trudno było Er to znieść i przesuwał wtedy swoją poduszkę jak najdalej od łóżka Bimy, by mieć choć trochę spokoju. Wtedy udawało mu się robić największe i najbardziej kolorowe banie.
No i Bit. Bit rzadko pojawiał się w domu. Miał bardzo dziwny głos. Nie zawsze można było zrozumieć co mówi, choć mówił bardzo, bardzo głośno. Er wolał gdy go nie było, bo głos Bita czasami był nie do wytrzymania. Bit był duży i ledwo mieścił się w mieszkaniu. Dlatego gdy wchodził przez ciasne drzwi zdarzało się, że strącił półkę, zrzucił obrazek ze ściany albo coś potłukł. Bit nie lubił Bimy. Często ją popychał, a gdy spała kładł się na niej zamiast położyć obok. Musiało być jej wtedy bardzo ciężko - często myślał Er. Er zastanawiał się czemu razem mieszkają skoro się nie lubią. A może się lubili tylko ten jego głos taki był mylący. Er też nie lubił Bita. Ale Bimę lubił. Bo Bima czasami brała go na kolana, czasami łaskotała pod pachami, no i przede wszystkim to od niej właśnie dostał swój magiczny kubek do baniek.
Er robił najlepsze bańki na świecie. Nie widział co prawda żadnych innych ale miał po prostu takie przekonanie. Nawet Smrodki były pod wrażeniem, gdy akurat wpadali z wizytą, a on wystrzeliwał ze słomki ogromne, błyszczące kule.
I nagle, a był to chyba poniedziałek, stało się coś dziwnego. Er od samego rana dmuchał w swoją słomkę ale żadna bańka nie chciała wylecieć. Dmuchał i dmuchał ile tylko miał siły i nic. Siedział zrozpaczony na swojej poduszce zastanawiając się dlaczego tak się dzieje. Bima spała. Bita nie było. Nie było nikogo, kto mógłby naprawić, pomóc, doradzić. Er się rozpłakał. Płakał i płakał chyba z trzy godziny. Gdy już wypłakał wszystkie łzy postanowił działać. Zszedł ze swojej poduszki i rozejrzał się po ciasnym mieszkanku. Postanowił, że trzeba poszukać pomocy gdzie indziej. Wspiął się do okna ale było za wysoko dla małego Er. Przystawił więc sobie taboret i z trudem wgramolił się na parapet. Następnie otworzył okno i zaczął głośno wołać:

- Hej, hej, tam na dole! - krzyczał z całych sił.

Widział jak za oknem dzieje się świat. Po ulicy przejeżdżają samochody, a chodnikami idą ludzie.

- Hej, hej, słyszy mnie kto? - darł się wniebogłosy.

Niektórzy ludzie odwracali się za siebie zastanawiając skąd dobiega to wołanie ale nikt nie zadarł głowy, by zobaczyć stojącego w oknie Er. Przechodnie rozglądali się chwilę i szli dalej. A Er wciąż wołał.
Już miał się poddać gdy nagle usłyszał miły głos z dołu.

- Co się dzieje mały? 

Er wychylił się jeszcze mocniej.

- Nie wychylaj się tak bardzo, bo spadniesz. A to nie będzie przyjemne.

Er zobaczył wreszcie. To była bardzo miło wyglądająca pani. Miała takie same włosy jak Bima, co zwróciło jego uwagę.

- Proszę pani, proszę pani. Moje bańki się zepsuły. Może mi pani jakoś pomóc? - krzyknął Er.

- Nie wiem czy mi się uda smyku ale na pewno spróbuję. - odpowiedziała miła pani. - Jak masz na imię?

- Jestem Er proszę pani. A pani? - zagadnął ośmielony Er.

- Mów mi Yna. - powiedziała miła pani. - Wejdę tam do ciebie na górę i spróbujemy coś zdziałać.

Er ucieszony zeskoczył z parapetu i podbiegł do drzwi. Yna już za nimi stała.

- No pokaż mi o co chodzi. - powiedziała Yna głaszcząc Er po głowie.

- No bo zobacz sama. Dmucham, dmucham i nic się nie dzieje. - mówił ze smutkiem Er pokazując swój czarodziejski sprzęt do baniek - Umiesz to naprawić?

- Nie umiem Er. Ale znam kogoś, kto naprawi - powiedziała Yna.

- Kto? - zapytał Er?

- Całkiem niedaleko stąd jest bańkowy warsztat - ciągneła Yna.

- Co to warsztat? - zaciekawił się Er.

- To miejsce, gdzie naprawia się różne rzeczy. A ten właśnie, który mam na myśli sprawi byś znów mógł puszczać swoje bańki. 

- No to chodźmy tam szybko - Er poderwał się ciągnąć Ynę za nogawkę spodni. 

- Poczekaj, poczekaj. Nie możemy tak po prostu wyjść - mówiła z lekkim smutkiem Yna - A kto tu śpi? - zaciekawiła się Yna.

- To Bima. Mieszka ze mną. Zapytam się jej czy mogę iść dobrze? - mówił szybko podekscytowany Er.

- Dobrze, spytajmy ją. W końcu jesteś małym chłopcem i nie chciałabym żeby ktoś pomyślał, że cię porywam - dodała Yna.

Er podszedł do Bimy i próbował ją budzić.

- Bima, Bima. Obudź się. Mogę iść z Yną do warsztatu?

Bima nadal śpiąc mamrotała coś pod nosem.

- Bima, Bima, błagam cię, mogę iść? - już prawie krzyczał Er.

W końcu Bima otworzyła trochę jedno oko, spojrzała na Er i zabełkotała.

- A idź.

Uradowany Er zeskoczył z łóżka. Zabrał swój bańkowy sprzęt i wybiegł z domu.

- Poczekaj, poczekaj Er. Nie tak prędko - wołała za nim Yna.

- No szybko, chodźmy! - grzmiał radośnie Er.

Już zbiegali razem po schodach, byli prawie na samym dole, gdy wpadli na Bita. Bit szedł ciężko. Był zdyszany i chyba z wysiłku zaczęło kręcić mu się w głowie.

- A tfy gdzie fje wyzierasz - zaskrzeczał niezrozumiale swoim strasznym głosem Bit.

- Idę z Yną do warsztatu. Naprawią moje bańki! - odpowiedział Er.

Bit spojrzał na Er i Ynę. Potem znowu na Er. A jeszcze potem na czarodziejski kubek i długą słomkę, które Er trzymał pod pachą.

- Nidzie nie iziesz - huknął przeraźliwie.

- No Bit, przecież muszę je naprawić, a Yna zna takie miejsce... - ciągnął Er ze łzami w oczach.

Bit szarpnął za ramię małego Er. Kubek wypadł i roztrzaskał się na tysiąc kawałków.

- Coś ty zrobił Bit - łkał Er podnosząc z podłogi skorupki.

- No fo tera już nie ma tso co iść do tego warszatu co? - wymamrotał ze złowrogim uśmiechem Bit - Marsz na górę - zakomenderował władczo - A Fyna może już wracać skąf szyszła - powiedział nieprzyjemnie do Yny.

Yna przykucnęła przy Er. Pomogła mu zebrać skorupki i pogłaskała po policzku wycierając łzę.

- Nic się nie martw Er. W tym warsztacie potrafią naprawić nie takie awarie.

- No ale kiedy tam pójdziemy? Głupi Bit. Wszystko popsuł - mówił zrozpaczony Er.

- Wrócę po ciebie i pójdziemy. Daję słowo - mówiła Yna.

- Obiecujesz?

- Obiecuję Er - powiedziała Yna schodząc na dół po schodach i zniknęła.

cdn.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz